Pozytywne myślenie ma wielką moc, więc warto wykorzystywać jego siłę!

Pozytywne myślenie ma wielką moc, więc warto wykorzystywać jego siłę! W trakcie leczenia korzystałam ile się da, udało się, wygrałam. Udało mi się też tutaj, podczas półmaratonu, bo dla mnie to był wyczyn. Nie byłam przygotowana fizycznie. Nie wiem jak to przebiegłam, prowadziła mnie głowa i chęć udowodnienia sobie, że dam radę. Nie będę też pisać o przygotowaniach, bo spotkam się z Waszą krytyką 😊 Organizm chyba pamiętał te kilometry, ot co 😊

Zastanawiałam się czy opublikować ten film. Film na którym widać jak ostatnie metry człapie do mety i jak się rozczulam.. moje łzy radości.. ale chcę Wam pokazać jakie dla mnie miało to wielkie znaczenie. W końcu poczułam się znowu zdrowa, normalna! Poczułam że już mogę wszystko, ze nic mnie nie ogranicza! Potrzebowałam tego, bardzo. Przełom w moim nowym życiu, wiara we własne siły! Ta linia mety zmieniła sposób patrzenia na siebie i swoje możliwości! Uwolniłam się od poczucia słabości, niemocy!

W tygodniu przed półmaratonem miałam zjazd energii, było gorąco, a mój organizm od czasu chemii nie toleruje takich temperatur. Poszłam na siłownie, ale po pół godziny wróciłam, nie było mocy. Ostatni bieg zrobiłam w niedziele, na niebieskiej fali. Nic więcej się nie ruszałam, nawet spacery odpuściłam. Jedyne co, rehabilitacja i próba odblokowania przez Sarę prawej strony. Od piątku porzuciłam wszelkie diety, bezkarnie ładowałam w organizm węglowodany i cukry proste. W piątek i sobotę nie wzięłam też leków 😊 Mimo tego, jak się czułam, nawet przez głowę mi nie przeszło żeby odpuścić 😊😊

W niedzielę rano, przed biegiem, zobaczyłam ilość Waszych kciuków. Po takim dopingu dostałam jeszcze więcej mocy. 😊 Przez ten post też moja Pani Onkolog dowiedziała się że biegnę. Widziała, bo zareagowała 😊 Nie dostałam żadnego sms z zakazem, więc chyba miałam pozwolenie 😊 Przed wyjściem z domu dostałam od Męża kopniaka w tyłek, na szczęście i musiałam obiecać że będę ostrożna. 😊Nawet nie próbował mnie zatrzymać. Wdzięczna jestem też tym z którymi jechałam do Poznania, nikt z nich nawet nie szepnął słowem że mam odpuścić. Było to jeszcze bardziej motywujące, bo chyba wierzyli we mnie.😊

Na linii startu Daniel oświadczył mi, że schodzę po 8 km (tyle zrobiłam treningowo po leczeniu najwięcej), on biegnie do końca i oddaje mi swój medal. Nigdy w życiu ! 😊 O szczegółach biegu nie będę się rozpisywać, bo przed następnym przywiążą mnie do drzewa żebym tylko nie wystartowała 😊 Były momenty że nic nie pamiętam, ale ogólnie czułam się nawet dobrze 😊 Po starcie wiedziałam już że dobiegnę do końca i zmieszczę się w czasie. Po kilku kilometrach musiałam też założyć słuchawki i włączyć muzykę, bo Daniel co chwilę mnie pytał jak się czuję. A jak pytał tak to zaraz zaczynałam myśleć czy ja naprawdę się dobrze czuje ? 😊 Ciężko miał ze mną, bo to bardzo troskliwy kolega, a ja nie byłam dobrym kompanem tego biegu. Ale wie że jestem mu za to bardzo wdzięczna. 😊 Większość biegłam, powoli, czasami dopadały mnie jakieś bóle i musiałam chwile przejść. Ostatnie 3 kilometry były ciężkie, ale było już tak blisko 😊

Ponoć było gorąco, ale tego nie czułam. Pomagał mi Grubson z kawałkiem „Na szczycie”. Gdy tylko robiło mi się cieplej, myślałam o tych temperaturach, tam, na szczycie 😊 Kolejny raz udowodniłam sobie, jak ciało słucha tego co myślimy, czego słuchamy 😊

Po biegu byłam mało przytomna, chyba trzymała mnie euforia. W oczekiwaniu na prysznic zrobiło mi się ciemno przed oczami, ale szybka reakcja Ady pomogła mi nie paść tylko usiąść 😊 Przez kilka dni ciężko było mi chodzić normalnie i cały czas chciało mi się spać. Wymęczyłam organizm do granic możliwości, ale warto było 😊

Były życiówki przed rakiem, w trakcie raka i teraz nowe, po raku 😊 Kolejny taki dystans we Wrocławiu, tam muszę zejść poniżej 2:50 😊 Musze też jeszcze bardziej popracować nad wagą startową, żeby mniej dźwigać, to będzie mi łatwiej 😊

Sprawdź również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *