Z RAKIEM NA RYSY 😊

Ze względu na nasze obowiązku służbowe na sam dojazd i wyprawę na Rysy mieliśmy tylko 2 dni. Na początku był plan, żeby wchodzić od strony polskiej. Wyjechaliśmy w sobotę rano. Po drodze przeliczyliśmy siły na zamiary, na czas jaki mamy do dyspozycji i zdecydowaliśmy się na stronę słowacką… Do Zakopanego jechaliśmy około 8h. Na miejscu poszliśmy na kolację, przeszliśmy się po Kropówkach i na koniec zrobiliśmy zapasy na następny dzień wyprawy. Późnym wieczorem dotarliśmy na nocleg do Małej Cichej. Tam jeszcze dokładnie zaplanowaliśmy następny dzień, wykupiliśmy Słowackie ubezpieczenie obejmujące ratownictwo z użyciem śmigłowca, porozmawialiśmy z gospodarzami i poszliśmy spać. Spaliśmy około 3,5h.

Plan był taki, żeby wyjechać o godzinie 5 rano. Niestety niektórzy tak się grzebali (nie ja) że wyjechaliśmy około 6.  Do Popradzkiego Stawu dojechaliśmy po godzinie 7. Dopakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w drogę przed godziną 8. Na drogę wzięłam dużo wody, małą coca-colę, izotonik z magnezem i potasem, banany, batoniki zbożowe, bułkę i ulubione żelki misie. Ubrałam się też najwygodniej jak mogłam, w sprawdzone getry do biegania.

Na początku czekały na nas około 4 kilometry drogi asfaltowej, najgorsza droga tego dnia. Na końcu tej drogi przepiękny Staw i w końcu ruszyliśmy szlakiem na Rysy. Droga łatwa, w lesie, dużo cienia oraz przyjemny chłód z Żabiego Potoku. Na tych najłatwiejszych szlakach już czułam że szybko się męczę. Przy wejściu na Żabią Dolinę Magnuszewicką było już więcej słońca i coraz cieplej. Po drodze piękne Żabie Stawy. Po tym dla mnie zaczęła się ta trudniejsza droga. Szybko się męczyłam, zaczęłam mieć trudności z oddechem, serce zaczęło mi coraz mocniej bić. Tam też zaczęła się prawdziwa patelnia, nie było nawet gdzie na chwilę przystanąć w cieniu. Ratunkiem był moment gdzie zaczęły się łańcuchy. Tam poczułam chód i w końcu był cień. W sumie nazywają to jednym z trudniejszych odcinków, a ja wtedy poczułam się lepiej. Po tym zaczął się dla mnie najgorszy odcinek, na wysokości około 2100m. Droga była coraz bardziej stroma, około godziny 12-13, w pełnym słońcu. Serce zaczęło mi coraz bardziej bić, miałam trudności z oddychaniem, zaburzenia równowagi, chciało mi się wymiotować. Do tego strasznie spuchłam, spuchły mi ręce, nogi, brzuch. Wchodziłam krótkie odcinki. Stawałam coraz częściej, sprawdzałam tętno, wyrównywałam rytm serca i czekałam kiedy w końcu na horyzoncie pojawi się Chata pod Rysami. Dotarliśmy tam około godziny 13:30. Wypiliśmy zimny sok, chwila odpoczynku i ruszyliśmy dalej w drogę. Poczułam się wtedy lepiej. Nie wiem czy to zasługa tego soku czy świadomość że już jest tak blisko, czy już mój organizm przyzwyczaił się do wysokości. Ta droga dla mnie była łatwiejsza, mimo małej wspinaczki i kamienistego zbocza. Dotarliśmy w końcu na szczyt. Wtedy już nie czułam zmęczenia, tylko szczęście. Widoki były dla mnie były niesamowite, nie mogłam się nimi nacieszyć. Posiedzieliśmy tam dłuższy czas, ciesząc oko tym co jest wkoło. Na samym szczycie zostawiłam swój stanik, bo w sumie za chwilę nie będzie mi już potrzebny. Tak będę musiała wymienić bieliznę na nową. Obiecałam mu, ze jak będzie po wszystkim, jak znowu będzie potrzebny, wrócę po niego, od strony Polskiej 😊

45a781012a17512

9a1814

15

Samo schodzenie, po takiej euforii, wydawało się już łatwe. Niestety, przy schodzeniu zaczęły się problemy z prawym kolanem. Wrócił problem z więzadłami. Doszliśmy znowu do schroniska, odpoczęliśmy trochę, zjedliśmy  i ruszyliśmy dalej w dół. Kolano coraz bardziej ciążyło mimo tego że schodziłam o kijkach. Nie miałam w nim stabilizacji, jak stawałam na tej nodze wyginała mi się w każda stronę. Każde stąpniecie sprawiało mi duży ból. Ktoś wpadł na pomysł żeby wezwać pomoc, w końcu mamy ubezpieczenie. Weszłam sama, chciałam też zejść o własnych siłach. Ostatni odcinek drogi, asfaltowy, odpuściłam. Poszli po samochód i przyjechali po mnie.

Po wszystkim ruszyliśmy w drogę do domu. Z małymi przerwami, dotarliśmy na miejsce około godziny 6 rano. Krótki sen i do pracy 😊

Myślałam ze będzie łatwiej. W sumie czego mogłam się spodziewać. Chemia zniszczyła mi organizm. Tym bardziej ostatnią przyjęłam 1,5 tygodnia przed wejściem na Rysy. Przed tym całym leczeniem miałam serce sportowca, a teraz… na ostatniej chemii usłyszałam też co mogę robić, czyli żadnej zmiany klimatu, ciśnienia, wyjazdów zagranicznych. Spokojnie, mam odpoczywać do operacji. Niestety warunki wysokogórskie to zagrożenie nie tylko związane ze zmianami ciśnienia atmosferycznego, ale również z obniżonym stężeniem tlenu i niecodziennym wysiłkiem fizycznym, o czym przekonałam się na własnej skórze. Do tego mało spaliśmy, nie było też czasu na aklimatyzację w górach. Tego dnia mój sprytny zegarek pokazał 27 km i 151 pięter.

Wiem, że nie było to mądre. Mało kto wiedział o moich planach. Kilka osób odradzało, wiedząc jakie to ryzyko dla mnie. Sama miałam chwile zwątpienia, bałam się, że zaraz serce mi stanie. Ale jak widzicie można !! Można wejść na Rysy krótko po chemii i z rakiem. Wszystko jest w naszych głowach. Jeśli damy sobie wmówić że jesteśmy ciężko chorzy i jedyne co nam zostało to odpoczynek i oszczędzanie swojego organizmu… Ja nie dałam sobie tego wmówić. I nie szukajcie na szczycie mojego stanika. Dobrze go schowałam, ma poczekać na mnie, wrócę po niego jak będę zdrowa. 😊

20

Moi drodzy towarzysze wyprawy, bardzo Wam dziękuję za ten dzień, za Waszą troskę, cierpliwość. Lepszych kompanów nie mogłam mieć. Cała wyprawa zajęła nam około 11 godzin. Długo, ale wszystko przeze mnie. Spowalniałam, dużo odpoczywałam. Byliście cierpliwi, pomagaliście mi bardzo. DZIĘKUJĘ 😊

Sprawdź również

1 komentarz

  1. Aniu, jesteś niesamowita. Wiele osób w pełni sił nie poradziłoby sobie z tym podejściem.
    Siła woli jest najważniejsza. Jak będziesz wchodziła od polskiej strony koniecznie musisz zabrać kamerkę Serdeczności od krakowskiego zespołu Biuro Plus.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *